W tym wydaniu

W następnym

  • Kapitan Żbik - James Bond PRL-u
  • Białołęckie pogotowie
  • Wspomnienie o Jarosławie Kukulskim

 

www.gazetaecho.pl www.gazetaecho.pl Forum Aveciarze

Polecamy

Aveciarz w Dobrych Pomyslach

 



Jeden mail i tona koszulek

Ola Borycka - studentka lingwistyki na UW, fanka kultury rosyjskiej, śpiewu, tańca i kajaków

Zimbabwe. Afrykański kraj z drugą pod względem wielkości hiperinflacją na świecie. Stopa bezrobocia - 80%. Ze względu na epidemię wirusa HIV średnia życia wynosi 34 lata. Państwo, na czele którego stoi bezwzględny dyktator. Państwo, w którym nie ma NIC.

W ten smutny krajobraz wkraczają księża Salezjanie oraz świeccy misjonarze. A za ich pośrednictwem w przypadkowy i nadzwyczajny jednocześnie sposób bardzo wielu mieszkańców Warszawy.

Bezcenne koszulki

Ta niezwykła historia rozpoczyna się od rocznego urlopu dziekańskiego Danusi, studentki warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Za pośrednictwem Salezjanów wyjeżdża na misję do ośrodka w na południu Zimbabwe. Pracuje w szkole z internatem dla chłopców z ulicy. Popołudniami do oratorium przychodzą też maluchy z okolicznych wiosek. Wiek podopiecznych – od 2 do 17 lat. W tamtejszych realiach nastoletni chłopak to już dorosły mężczyzna. Najmłodsi wychowankowie są więc najczęściej synami… tych najstarszych.

Misjonarze uczą rzeczy podstawowych, na przykład tego, że każdy ma prawo do własnego imienia. „Dlaczego?” – dziwią się Afrykańczycy. W Zimbabwe bowiem ludzie nie noszą imion, określają siebie w sposób opisowy, np. „chłopiec w żółtym t-shircie”. Coś, co w naszych realiach wydaje się absolutnym pogwałceniem wszelkich praw, tam uchodzi za normę. Misjonarze i wolontariusze uczą podopiecznych angielskiego, przyuczają do wykonywania zawodów, zajmują się także rozwożeniem paczek żywnościowych do rodzin, pomagają zarażonym wirusem HIV.

Jednym z elementarnych problemów jest brak ubrań. W Zimbabwe nie ma żadnej fabryki odzieży, a używana (!) koszulka kosztuje aż 15 dolarów. Dzieci z misji chodzą więc w poszarpanych, brudnych strzępach dawnych koszul. Oczywiście żadne z nich nie ma T-shirtu na zmianę. Jeden podarty – to szczyt luksusu!

Zresztą koszulki jako takie są w Zimbabwe świetnym środkiem płatniczym. Nieopodal miejsca, w którym pracuje Danusia, znajduje się Park Narodowy. Sprzedawcy pamiątek chętniej od pieniędzy przyjmują ubrania. Handel wymienny kwitnie. A walutą jest odzież. I to bardzo mocną walutą. Przebicie niesłychane!

Mail, który obiegł świat

Danusia postanowiła działać. Poprosiła swoją siostrę Agnieszkę, aby przeprowadziła wśród znajomych w Polsce małą zbiórkę używanych koszulek dla wychowanków salezjańskiej szkoły. Siostra wysłała więc maila do swoich znajomych z prośbą o pomoc.

Spodziewała się zebrać dwa pudełka ubrań. Nie przypuszczała, że znajomi prześlą wiadomość swoim przyjaciołom, ci zaś nie próżnując przekażą maila kolejnym i tak dalej, i tak dalej. Dość powiedzieć, że na skrzynkę redakcyjną mail dotarł co najmniej trzykrotnie, a na swoją prywatną otrzymałam go cztery razy od różnych osób. Po kilku dniach zaczęły urywać się telefony – dosłownie co chwilę do Agnieszki zgłaszały się kolejne osoby z pytaniem: gdzie i kiedy można dostarczyć koszulki?

W tym samym czasie rozdzwonił się także telefon u księży Salezjanów. Sęk w tym, że oni o całej akcji nie mieli pojęcia. Na szczęście udało się ich udobruchać i obiecali modlitwę i trzymanie kciuków za akcję.

Agnieszka poprosiła o pomoc znajomych z Ignacjańskich Spotkań Biblijnych, odbywających się przy kościele oo. Jezuitów na Starym Mieście. Z pomocą zakonników udało się zorganizować salę – magazyn na koszulki. Z tego powodu w klasztorze miała miejsce mała rewolucja, bowiem furta nie zamykała się ani na chwilę – wciąż ktoś przynosił paczki z koszulkami. Dlatego zakonnicy zdecydowali się wyznaczyć jeden termin, w którym wszyscy gotowi pomóc, mogliby przekazać ubrania.

– W niedzielę 25 października spędziliśmy w kościele 14 godzin – opowiada Katarzyna Rybczyńska, przyjaciółka Agnieszki, która podjęła się koordynowania akcji. – Od rana do nocy ludzie przychodzili z koszulkami, niektórzy pofatygowali się do nas tylko z tego powodu, nawet nie szli na mszę! Musieliśmy ogarniać „niekontrolowane zrzuty” w drzwiach i na schodach kościoła! Odzew niesamowity!!!

Afrykańskie vs nieafrykańskie

Zebrane rzeczy należało rzecz jasna przejrzeć. Część osób przyniosła inne ubrania, nie tylko T-shirty. Dlatego wolontariusze podzielili wszystko na dwie kategorie: to, co mogło być wysłane do Afryki i to, co trafić tam nie mogło, ale za to można było dostarczyć w inne miejsce.

– Znowu, niby przypadkowo, okazało się, że z problemu powstało dobro! Wszystkie rzeczy odłożone w kategorii „nieafrykańskie” trafiły do Domu Dziecka w Otorowie pod Poznaniem – cieszy się Katarzyna.

Jak przesłać tonę koszulek?

Z niepozornego maila wysłanego do znajomych zrodziła się akcja charytatywna na szeroką skalę. Podczas niedzielnej akcji zebrano TONĘ bezcennych dla mieszkańców Zimbabwe T-shirtów.

- Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu okazało się, iż jednym przewoźnikiem, który jest w stanie nam w tej sytuacji pomóc jest... Poczta Polska, na którą tak często wszyscy narzekamy! – opowiada Katarzyna. – Dzięki informacjom z misji oraz życzliwości pocztowców, którzy autentycznie zachwycili się naszą akcją, poznaliśmy twarde prawa, obowiązujące w Zimbabwe: wszelkie prywatne paczki znikają w niewyjaśnionych okolicznościach, natomiast to, co uchodzi za przesyłkę rządową, zazwyczaj dociera do celu. Uzyskanie takiej informacji w okienku na poczcie nie byłoby możliwe – procedury nie przystają do egzotycznych realiów…

Zimbabwe nie ma dostępu do morza, najpierw przesyłki docierają samolotem do stolicy kraju Harare, skąd do wioski, w której przebywa Danusia i jej podopieczni, pozostaje jeszcze – bagatela! – 600 km. – Moglibyśmy wysłać dary za pośrednictwem firmy kurierskiej, ale wówczas należałoby zapłacić kilkadziesiąt tysięcy złotych za trzydziestotonowy kontener. Takie prawa rynku.

Kiedy już dowiedzieli się o tym jak pakować, wolontariusze zrobili wszystko co w ich mocy, by paczki wyglądały jak najbardziej „rządowo”. Koszty przesyłki pokryto częściowo z ofiar złożonych na tacę w kościele oo. Jezuitów w niedzielę misyjną, częściowo dzięki kolejnemu łańcuszkowemu mailowi.

Co teraz?

Przesyłka złożona z 51 paczek ma dotrzeć na miejsce 27 grudnia. Nie wiadomo, ile koszulek otrzyma Danusia – z doświadczenia Salezjanów wynika, że z 20 wysłanych do Zimbabwe dochodzą zaledwie 3… Trzymajmy kciuki, aby jak najwięcej dzieciaków mogło cieszyć się w nowym roku nowymi, własnymi ubraniami.

Akcja autentycznie mi zaimponowała. Przede wszystkim ze względu na oddolny, prawdziwie obywatelski charakter, który doskonale wyraża wolontariackiego ducha. Nie trzeba być zarejestrowanym w jakiejś organizacji, widnieć na listach społeczników, mieć na koncie dziesiątki nagród czy wyróżnień, żeby zrobić coś dobrego dla innych. Wystarczy serce i chęci.

– To nic wielkiego – Katarzyna zdaje się być zażenowana. – Po prostu pojawił się problem i trzeba było coś zrobić. Samo rozkładanie rąk czy zrzucanie sprawy na „wyspecjalizowane instytucje” nie wystarczy.

A poza tym – jak się okazuje – również Internet może mieć wolontariackie oblicze.

Ola Borycka

Nick:

Wpisz komentarz:


- Wpisz liczbę z obrazka 99

Strona główna | Aktualny numer | Archiwum | Zgłoś temat | Redakcja | Kontakt .