W tym wydaniu

W następnym

  • Kapitan Żbik - James Bond PRL-u
  • Białołęckie pogotowie
  • Wspomnienie o Jarosławie Kukulskim

 

www.gazetaecho.pl www.gazetaecho.pl Forum Aveciarze

Polecamy

Aveciarz w Dobrych Pomyslach

 



Nie być dorożkarską szkapą

Ola Borycka - studentka lingwistyki na UW, fanka kultury rosyjskiej, śpiewu, tańca i kajaków

Historia społecznikowskiej pasji tego człowieka rozpoczęła się niepozornie – od pracy w szkolnym sklepiku. W tej chwili jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych, szanowanych i powszechnie lubianych animatorów sportu na Białołęce. Razem z ks. Andrzejem Kinowskim założył Parafialny Klub Sportowy AGAPE. Przez wiele lat był jego sekretarzem i głównym wolontariuszem; zresztą cały czas uczestniczy we wszystkich działaniach klubowych. Zapałem zaraził wiele osób, w tym także swoich synów. Mowa o Jarosławie Filipowiczu.

Ola Borycka: – Jak narodziła się społeczna pasja?

Jarosław Filipowicz: – Zaczęło się całkiem zabawnie. Pewnego dnia moja wychowawczyni z podstawówki zaproponowała mnie i moim dwóm kolegom pracę w szkolnym sklepiku. Zajmowaliśmy się sprzedażą zeszytów, długopisów, książek. Wówczas ogromny problem sprawiało kupowanie nowych podręczników, dlatego nasza funkcja była bardzo istotna. Oczywiście nie otrzymywaliśmy nic w zamian – poświęcaliśmy swoje przerwy, ale teraz cieszę się z tego, gdyż było to moje pierwsze społecznikowskie działanie. Później w szkole zawodowej przy FSO, wstąpiłem do spółdzielni uczniowskiej „Fiacik”, ale najbogatszą praktykę społecznikowską odbyłem… w wojsku. Po wyborze na funkcję KO (kulturalno-oświatowy) poznałem kapitana Hieronima, który nauczył mnie organizacji różnego rodzaju imprez.

– Na kanwie tych doświadczeń po latach powstał PKS AGAPE Białołęka…

– Pomysł pojawił się w szczególnych okolicznościach, kiedy w lutym 2003 roku podczas turnieju tenisa stołowego rozgrywałem mecz z księdzem Andrzejem Kinowskim, ówczesnym wikariuszem parafii przy Myśliborskiej. Pamiętam, że przegrałem, ale dopięliśmy swego i już w maju w urzędzie miasta zarejestrowaliśmy PKS AGAPE.

Przez kilka lat mojego sekretarzowania w klubie zrealizowaliśmy w tenisie – 6 turniejów rodzinnych, 3 z okazji Dni Białołęki, 13 rocznie w cyklu Grand Prix Białołęki; 2 diecezjalne Parafiady, 10 regat smoczych łodzi; niezliczoną ilość turniejów szachowych, nie mówiąc o meczach piłkarskich. Ale to wszystko to nie tylko moja zasługa, ale wielu wspaniałych ludzi, którzy swoją bezinteresowną pracą przyczynili się do rozwoju licznych talentów i zdobywania przez nich wysokich miejsc na różnych turniejach. Wszystkim chciałbym najserdeczniej podziękować za współpracę.

– Co najbardziej zapisało się w Pańskiej pamięci, jak rozwijał się klub?

– Pierwsza impreza to turniej o Puchar Lata. Pamiętam, że podczas finałowego festynu rozdaliśmy wtedy 200 gwizdków, które przez cały dzień słychać było na Białołęce. Wyzwaniem, które pochłonęło mnóstwo energii, było zebranie ludzi, gotowych poświęcić swój czas i umiejętności dla innych. Najpierw powstała sekcja piłki nożnej z drużyną Orlików, prowadzona przez Dariusza Witkowskiego, później Darka Jerzaka, obecnie Andrzeja Telakowca. Chociaż w rozgrywkach Mazowieckiego Związku Piłkarskiego pierwsze mecze przegrywaliśmy po 15, 18 do zera, dzieciaki ani rodzice nie poddali się. Jednocześnie znakomity trener Kazimierz Król założył drużynę Żaków, która przez długi czas podczas meczy, mówiąc kolokwialnie, „lała wszystkich” w lidze. Od samego początku również rozwijała się sekcja szachowa, jedna z najliczniejszych, obecnie kierowana przez Macieja Brudzińskiego. Doczekaliśmy się mistrzów Polski i województwa! Tenisistów prowadzi Zdzisław Winczewski – wielokrotnie podczas międzynarodowej Parafiady nasi zawodnicy zajmowali czołowe lokaty. Z kolei najmłodsza sekcja to odrębna, autonomiczna jednostka stworzona przez mojego starszego syna Michała – WGA „Zbójcerze”. W jej skład wchodzą wyłącznie osoby pełnoletnie, zgodnie z ogólnopolskim kodeksem ASG (Air Soft Gun). Cały czas doskonalą swoje umiejętności, kompletują sprzęt, stroje, swoje pokazy organizowali podczas Dni Białołęki, Barejady czy regat łodzi smoczych. Gotują też znakomitą grochówkę i bigos. Od kilku lat na Kanale Żerańskim odbywają się też regaty łodzi smoczych, w których rywalizują osady parafialne, samorządowcy i służby mundurowe.

– Lista działań imponująca! Co daje wolontariat?

– Największą radością i przyjemnością jest obserwowanie reakcji uczestników turniejów; nawet, jeśli ktoś przegrał, ale wychodzi usatysfakcjonowany samym faktem udziału w turnieju, to ja mam wielką satysfakcję! Moja praca wzbudza w kimś ogromne emocje, pozwala pożytecznie spędzić dzieciakom czas…

– Czy ma Pan motto życiowe, które przyświeca podejmowanym działaniom?

– Wywodzę się z pokolenia, które pamięta jak po Warszawie w latach 60. jeździły fury rozwożące węgiel, ciągnięte przez konie. Otóż miały one takie klapki na oczach, żeby nie widziały z żadnej strony, co je mija. Patrzyły wyłącznie na wprost. Obiecałem sobie, że nie będę taką szkapą dorożkarską, dlatego staram się patrzeć szerzej i czasem mi się to udaje.

Rozmawiała Ola Borycka

Nick:

Wpisz komentarz:


- Wpisz liczbę z obrazka 99

Strona główna | Aktualny numer | Archiwum | Zgłoś temat | Redakcja | Kontakt .